Fallout – recenzja drugiego sezonu

fallout sezon 2 recenzja

Loading

Witaj, stary druhu! — Oj, ja też żem dawno cię nie widział… I nawet żem się stęsknił – ale… Mówiłeś coś w stylu, że House zawsze wygrywa, prawda?


Na pierwszy rzut oka sezon drugi serialu nie różni się niczym / aż nadto od pierwszych ośmiu odcinków, które nam zaserwował Amazon w kwietniu dwa lata temu (no, może poza metodą wrzucania co tydzień pojedynczego epizodu, a nie, jak poprzednio, natychmiastowego debiutu całej serii za jednym zamachem). To wciąż historia kilku bohaterów, których drogi co jakiś czas się krzyżują, w brutalnej, ale i zarazem pokręconej wizji postapokaliptycznego świata. Poprzednio nie brakowało licznych retrospekcji, wyjaśniających podwaliny fabularne — tak też jest i tym razem; zresztą to od wspomnień rozpoczyna się drugi sezon Fallouta, od wizji pewnego przedsiębiorcy – nim jeszcze świat został zniszczony, a społeczeństwo upadło – właśnie.

Nie licząc owej retrospekcji robiącej za właściwy wstęp fabularny, odcinek pt. „Innowator” rozpoczyna się w niemal tym samym miejscu i czasie, gdzie zakończył się sezon pierwszy. Hank (Kyle MacLachlan), porwany zarządca Krypty 33, wyswobodziwszy się z niewoli Moldaver ucieka do New Vegas – którego tropem podążają Lucy, jego zszokowana córka (Ella Purnell), oraz żądny zemsty stary Ghul (Walton Goggins); giermek Maximus natomiast (Aaron Moten), wyszedłszy zwycięsko z wielkiej bitwy, niczym bohater i żywa legenda, powraca do swych kompanów i przyjaciół jako świeżo upieczony rycerz Bractwa Stali. Wszelkie zdarzenia widziane na ekranie są konsekwencją decyzji bohaterów z sezonu pierwszego; widać tu jednak pewne odstępstwa – zmiany, nowości – względem tego, czego doświadczyliśmy ponad półtora roku temu.

fallout sezon 2 recenzjamateriały prasowe

Po pierwsze, czołowe postaci teraz naprawdę ewoluują, dokonuje się w nich mentalna przemiana (a u innych wręcz dosłowna mutacja, he, he). Dla przykładu Lucy, wcześniej naiwna dziewczyna, jeszcze niedawno żyjąca pod kloszem krypty, teraz staje się – trochę z powodu dostania po dupie przez bezlitosne prawo dżungli pustkowi, a trochę z powodu dłuższego przebywania z Ghulem, w myśl zasady, że “z kim przestajesz, takim się stajesz” – dosyć cyniczna i brutalna. A taki Maximus, przed awansem gnębiony przez niektórych towarzyszy broni oraz pochopnie działający, w bardzo emocjonalny sposób – ukazując w ten sposób swój sprzeciw wobec niesprawiedliwości i krzywd, których zaznał – postanawia tym razem ŚWIADOMIE przejąć siłą dowództwo nad swą frakcją, jednocześnie zachowując w sobie namiastkę człowieczeństwa – ludzki pierwiastek, jakim jest choćby empatia czy tolerancja – mimo wpajanego mu od lat surowego kodeksu bractwa/zakonu. Ci i inni bohaterowie, jeśli nawet nie stają się sympatyczni, to przynajmniej okazują się bardziej ludzcy, dzięki czemu łatwiej zrozumieć ich pewne motywacje.

fallout sezon 2 recenzjamateriały prasowe

Kolejną zmianą są przetasowania ról: o ile w 2024 serial Fallout stał pod znakiem równorzędnych i równych sobie trójki głównych bohaterów – albo czterech, gdyby do tego doliczyć Norma (Moisés Arias), młodszego brata Lucy – tak teraz Ghul stał się gwiazdą sezonu. Tak, prawdziwą gwiazdą… I nie chodzi mi bynajmniej o przedwojenne wcielenie Waltona/Coopera, jakim jest bycie aktorem i celebrytą reklamującym schrony przyszłości, lecz o dojrzałą postać patrioty. Patrioty jako wzorowego obywatela i głowę amerykańskiej rodziny; patrioty jako odważnego i skutecznego żołnierza w walce z komunistycznym najeźdźcą; oraz patrioty, który dla dobra krajan – i przede wszystkim swoich bliskich – jest gotów nawet wziąć udział w spisku przeciwko prezydentowi i innym elitom USA. Gnijący rewolwerowiec skradł teraz dużo czasu antenowego, ale nawet i bez tego swym jestestwem i charyzmą kradnie serca i uwagę widzów. Bohater odgrywany przez Waltona Gogginsa to postać naprawdę tragiczna, a jego historia, poszerzona w środkowym akcie sezonu drugiego o wątki House’a (Justin Theroux) i przynależącego do niego Vegas, naprawdę angażuje, odsłaniając kolejne karty wielkiej intrygi.

fallout sezon 2 recenzjamateriały prasowe

À propos Pana House’a: to kolejna barwna, intrygująca i całkiem niejednoznaczna persona, a przy tym całkowicie nowy bohater – a przynajmniej nowy dla widzów serialu niezaznajomionych w ogóle z uniwersum gier Fallout. Sceny z jego udziałem fascynują nie mniej niż te z samym Ghulem, a postać Justina dobrze rezonuje z półżywym kowbojem / eks-aktorem. Obaj to patrioci zasłużeni dla kraju, majętne i lubiane osobistości (osobowości) medialne oraz generalnie ludzie sukcesu, ale różni ich filozofia życia oraz spojrzenie na choćby widmo nadchodzącego zagrożenia ze strony Chin. Czuć między nimi pewne napięcie – ta swoista rywalizacja poglądów, starcie intelektualne jest momentami na tyle silne, że z czasem zaczyna wzbudzać niepokój: atmosfera gęstnieje, a otwarty konflikt tylko wisi w powietrzu. Robert Edwin House, niekonwencjonalny geniusz wynalazca i wielki wizjoner, to ciekawy antybohater, który niestety – tak mi się zdaje – nie znajdzie już swojego miejsca w sezonie trzecim.

Obok House’a-zarządcy kasyna, Howarda-symbolu ruchu oporu oraz Maximusa-inicjatora buntu wewnątrz Bractwa Stali, do miana lidera aspiruje również Norm – który wysuwa się na prowadzenie nie tylko pod kątem (rozwoju) fabuły, ale i zyskując czas antenowy kosztem swojej siostry, a nawet przyćmiewając ją charyzmą i odwagą w kontekście gry aktorskiej. Ale to nie jedyna postać, która w poprzednim sezonie była epizodyczna, a teraz ma niemałe ambicje, by wejść do grona sylwetek z pierwszego rzędu. Mam tu na myśli zarówno Thaddeusa (Johnny Pemberton), eksgiermka technologicznego zakonu – który z chama i prostaka stał się sympatycznym, a przy tym nieporadnym kompanem, towarzyszem podróży – czy też Cheta i Steph, małżeństwo z rozsądku in spe, które skrywa tajemnice przed pozostałymi mieszkańcami krypty. Generalnie dużo tu wątków – w tym także naprawdę sporych zaskoczeń, plot twistów i cliffhangerów – a jedni bohaterowie debiutują, drudzy są marginalizowani, trzeci zaś znikają na dobre, by po dłuższym czasie jednak pojawić się na nowo, zadziwiając tym samym swoją obecnością.

fallout sezon 2 recenzjamateriały prasowe

Generalnie całość, to upchanie wątków i postaci, się spina – w kontekście narracji pojedynczych odcinków, jak i sezonu drugiego oraz całego fikcyjnego świata – jednak zdarzają się też zbędne zapychacze czy irytujące niedopowiedzenia. Dla przykładu, temat niedoboru wody w Krypcie 33, zapoczątkowany jeszcze w poprzednim sezonie jako chwilowy żart, teraz staje się zarzewiem tlącego się konfliktu, który jednak ostatecznie nie wybucha, nie bucha żarem. Podobnie wątek głębokiej przyjaźni – czy wręcz romansu – między Lucy a Maksem nie może się ziścić, gdyż bohaterowie ciągle zmieniają trasy i cele swych podróży, nie mogąc na siebie trafić. Najbardziej rozczarowała mnie za to sprawa Bractwa Stali – które od czwartego odcinka znika na dobre – oraz Legionu Cezara, który zdaje się być tylko dodatkiem. Owszem, miłym dodatkiem, ale Macaulay Culkin jako legat Lacerta ma tak śmiesznie mało czasu na ekranie, że nie zdążył mnie ani zachęcić, ani nawet zniechęcić do siebie. Niezależnie, czy Culkin się jeszcze pojawi w tym uniwersum, czy też nie, to jak dla mnie jest [to] nadmuchane cameo i zmarnowany potencjał.

Pourywane wątki to największa wada drugiego sezonu – ale nie jedyna. Rozczarowuje także finałowa walka. O ile w odcinku „Początek” miało miejsce efektowne, naprawdę epickie starcie, podczas którego zakute (w stal) łby, osiłki w pancerzach wspomaganych wdarły się do kryjówki Moldaver i niszczyły wszystko, co stanęło im na drodze – istna rozpierducha! – o tyle teraz (epizod „Strip”) dostaliśmy przydługą i niekoniecznie emocjonującą* potyczkę Maximusa z kilkoma stworkami na środku piaszczystej, skąpanej w słońcu ulicy. Ponadto irytowały mnie czarne plansze stanowiące pauzę pomiędzy większymi scenami – były za długie i zbyt częste (choć na szczęście liczba ciemnych ekranów w późniejszych odcinkach została zredukowana do zera) – oraz nie najlepsze CGI. Efekty generowane komputerowo nie są takie najgorsze i widać, że zainwestowano sporo w ich wyrenderowanie, ale te potwory ukazane w pełnym, mocnym świetle słonecznym jeszcze zdradzają, że nie mamy do czynienia z oszukańczym fotorealizmem. Skrycie w (pół)mroku maszkar będących efektem długotrwałej ekspozycji na promieniowanie to nie tylko zabieg stylistyczny, nadający im horrorowego i makabrycznego uroku, ale przede wszystkim wciąż skuteczne narzędzie do (za)tuszowania rzekomej iluzji rzucających się w oczy wirtualnych sztuczek magii kina.

fallout sezon 2 recenzjamateriały prasowe

Ale żeby nie było, że się czepiam serialu Amazonu, dopowiem, iż kapitalną robotę robi tutaj humor. Telewizyjny Fallout, który jeszcze dwa lata temu odznaczał się krwawymi, brutalnymi i szokującymi scenami oraz epickimi starciami, jak też bezlitosnym cynizmem, obecnie skręcił w stronę komedii. Jasne, jest to często humor prosty – sytuacyjny, momentami absurdalny – ale z sukcesem zdaje egzamin. Bardzo podoba mi się kierunek, w jakim poszli twórcy, jeśli chodzi o Thaddeusa – bo to on jest postacią, która najbardziej bawi. A jest go naprawdę niemało przez cały sezon! Więc tym bardziej mnie ciekawi, co z tego młodego ghula wyrośnie (he, he). Ale spokojnie! — mimo wszystko abstrakcja i dowcipy nie przyćmiewają dramaturgii oraz rasowego szpiegowskiego kina. Jeśli już coś mnie wkurzało w recenzowanej dziś serii odcinków, to nie częste wstawki komediowe, lecz easter eggi – swoiste ukryte przekazy i odniesienia do gier z serii Fallout, szczególnie części o podtytule New Vegas. Z czasem nawarstwiło się ich tyle, że zaczęło to mdlić/przytłaczać! J. Nolan, Todd Howard i spółka w tej materii przehandlowali.

Warstwa dźwiękowa, w wykonaniu Ramina Djawadiego, jest miła dla ucha – powiem więcej, wydaje mi się, że autor muzyki do serialu czerpał nieco inspiracji ze ścieżki dźwiękowej dwóch pierwszych, klasycznych Falloutów (1997-1998). Prócz utworów – tych oryginalnych, jak i autentycznych, tj. licencjonowanych – które pasują do scen i zgrywają się z tym, co widzimy na ekranie w danej chwili, na plus muszę zaliczyć polskie tłumaczenie w wykonaniu Konrada (Szabowicza) i Krzysztofa (Wollschlaegera), które – ponownie – jest nie tylko poprawne gramatycznie i stylistycznie, co również fabularnie, a więc jest zgodne z kanonem nazewnictw w grach. Ponadto cieszy, że w serialu w końcu pojawiły się takie wynaturzenia jak radskorpiony, szpony śmierci czy supermutanty – tak ikoniczne dla tej kultowej serii od samego początku. Tych właśnie gatunków bardzo mi brakowało poprzednim, bo wiosną dwa lata temu, razem.

fallout sezon 2 recenzjamateriały prasowe

Czy najnowsza seria ośmiu odcinków Fallouta jest lepsza od tej z roku 2024? Albo czy znacząco gorsza? Trudno mi naprawdę jednoznacznie stwierdzić. Oryginalny sezon, jak na standardy produkcji VOD, stał na naprawdę wysokim poziomie: ciekawił światem, przykuwał (bądź brzydził) jatką, bawił mocnym, groteskowym humorem. To było przystępne i udane wprowadzenie w uniwersum pustkowi powojennych Stanów Zjednoczonych, które wgniatało w fotel zwłaszcza na samym początku i końcu. A obecny sezon? Nie dość, że zachwiał równowagę trzech głównych postaci, to jeszcze perfidnie nie domknął wielu spraw tak, by sprowokować widza do podtrzymania subskrypcji Prime w celu dalszego śledzenia tych przygód. Akcja się rozkręca, tajemnica goni tajemnicę, a odbiorca tego wszystkiego zaczyna się angażować emocjonalnie na tyle głęboko i poważnie, iż człowiek się łudzi, że lada chwila dostanie rozwiązanie zagadki na tacy. A tu bach! Gdyby Fallout nie dostał sezonu drugiego, nic by na tym nie stracił, gdyż finał epizodu „Początek” jest (byłby) atrakcyjnie otwartym zakończeniem. Najświeższa seria pozostawia na tyle dużo niedomkniętych (i tak ordynarnie zawieszonych w próżni) tematów, że zbrodnią byłoby poprzestać na tym, z czym obecnie zostaliśmy my, widzowie.

Mimo wszystko warto, po raz drugi, zanurzyć się w ten pokręcony świat. Magnetyczny Walton Goggins oraz przygnębiający wątek jego bohatera, który nawet po „śmierci” nie potrafi zaznać spokoju, nie mogąc odnaleźć bliskich, których tak pragnie – w końcu te niekończące się poszukiwania stanowią jedyny sens jego egzystencji – działają na przekór słabszym elementom sezonu drugiego jak niewykorzystane potencjały niektórych postaci/wątków czy przeszarżowanie z liczbą ukrytych żartów, przesycenie licznymi odniesieniami i metakomentarzami, wtrąconymi jakby na siłę. To co, stary druhu, mogę na ciebie liczyć – mimo że to House z Ghulem, a niekoniecznie serial jako całość, wygrywa?


*No dobra, napięcie budowane przez problem z ręką Thaddeusa, osłaniającego kumpla, oraz ciężko rannego Maximusa, który był bliski spotkania ze śmiercią, było w tej scenie fajne – ale nic poza tym.


Jak się podobał wpis? Kliknij na gwiazdkę, by ocenić!

Średnia ocen: 0 / 5. Łącznie oddanych głosów: 0

Ten wpis jeszcze nie ma oceny. Możesz być pierwszy!

By być na bieżąco z moimi wpisami, możesz mnie zaobserwować na poniższych social media. Dzięki z góry za wszelkie lajki, suby i followsy!

Rozumiem, że tekst był słaby… Co mógłbym poprawić?

Twoje propozycje/uwagi:

Powiązany wpis
Twój Vincent – recenzja
twój vincent recenzja

Gdyby miał okazję obejrzeć film o swojej twórczości i życiu, pewnie dałby sobie odciąć drugie ucho – byleby jeszcze bardziej Czytaj więcej

Skomentuj ten wpis za pomocą fejsbukowego konta!
Udostępnij poprzez:

Zobacz także:

Comments are closed.