Król wiecznie żywy. Recenzja dokumentu EPiC: Elvis Presley in Concert

Loading

Ostatnia próba. Finalne przymiarki, poprawki… I… Światła, kamera — akcja! Mamy to! Mamy [Króla] Rock and Rolla! Tego samego, którego znamy i pokochaliśmy, a zarazem nowego, w odmienionej, jeszcze bardziej wystrzałowej formie; a to dzięki odnalezionym zapisom, które właśnie ujrzały światło dzienne.


Baz Luhrmann udowadnia, że nawet dokument – z reguły jednostajny i zachowawczy (ostrożny) w swej formie, a dla niektórych wręcz nudny gatunek filmowy – potrafi emanować żywą i czystą energią: podrygiwać do skocznej muzyki jak nogi oraz błyszczeć niczym strój samego Króla Rock and Rolla. Legenda Elvisa zobowiązuje do tej, a nie innej formy przekazu. Ale to nie sferą audiowizualną EPiC: Elvis Presley in Concert wybija się na tle innych dokumentów.

A little less conversation!

Tym, co wyróżnia recenzowany film od pozostałych tego typu produkcji, jest to, że Baz Luhrmann, reżyser omawianego dokumentu, oddaje głos… samemu Elvisowi! Nie ma tu żadnego lektora, trzecioosobowego narratora z offu, ani świadka tamtych wydarzeń, który by po latach przemawiał do kamery, opowiadając to i owo. Cała opowieść została złożona z archiwalnych wypowiedzi Presleya, przerywanymi czasem tylko skromnymi ścianami informacyjnego tekstu oraz pytaniami dziennikarzy, którzy mieli okazję przeprowadzić wywiad z gwiazdorem.

To z jednej strony bardzo osobista historia – bo opowiedziana słowami samego Króla – a z drugiej nie, gdyż na ogół nie porusza prywatnego życia muzyka. Ostatnia litera w tytule filmu – C jak Concert – nie kłamie: dokument ten to przede wszystkim kompilacja zapisów z różnych występów publicznych, zwłaszcza tych z hotelu/kasyna Las Vegas Hilton z lat siedemdziesiątych, a także prób w studiu nagraniowym oraz zakulisowych, tych bardziej prywatnych i pokątnych nagrań przed i po koncertach.

Suspicious minds

Całość robi wrażenie, zarówno pod kątem ilościowym i efektownym (różnorodność archiwów; ich montaż), jak i jakościowym oraz efektywnym (odrestaurowanie; scenariusz i narracja). Szczególnie imponuje jakość obrazu i dźwięku: wokale i instrumenty brzmią wyraźnie, kolory są nasycone, a faktura taśmy – mimo widocznego ziarna – wyraziście odszumiona, a przy tym wyostrzona. Naprawdę zaskoczyła mnie jakość wideo – wszystko na to wskazuje, że sporo widocznych w dokumencie scen zostało zarejestrowanych na profesjonalnej taśmie 35 mm, a nie amatorską szesnastką czy ósemką. Ale niezależnie, czy mowa analogowym sygnale telewizyjnym, czy o tych gorszych taśmach optycznych, w każdą sekundę i minutę filmu przyjemnie się wpatruje.

Solidny retusz obrazu to jedno, a poskładanie tych wszystkich scen – z prywatnych fotografii, archiwów telewizji, fragmentów przebojów kinowych, w których wystąpił muzyk, czy „ukrytych” kamer na sali koncertowej – to drugie. EPiC, jak sama nazwa wskazuje, jest naprawdę filmem przebojowym: głośnym, błyszczącym, a nawet trochę skandalicznym i błyskotliwym jak sam Elvis Presley. Wirtuozerię montażu czuć zwłaszcza w czasie jednego z utworów Króla, którego wykonanie zostało naprzemiennie ukazane z trzech całkiem odmiennych perspektyw: w czasie nagrywania w studiu muzycznym oraz podczas dwóch całkowicie różnych występów na scenie.

Always on my mind

Baz Luhrmann, pomimo swej energiczności i ciągoty do fajerwerków, potrafi też rozsądnie przyhamować. Druga połowa filmu zwalnia nieco tempa, pozwalając sobie nawet na nieco intymniejszy portret Presleya: związek z Priscillą, jego relacje z matką czy powrót wspomnieniami do lat dzieciństwa, kiedy zaczynał przygodę z muzyką gospel. Nie ma tego dużo – temat koncertów wciąż pozostaje kluczowy – i całe szczęście! Dzięki temu film nie został spłycony do przesadnie patetycznej czy banalnej historyjki, ale tamte chwile oddechu pozwoliły spojrzeć na Presleya z ludzkiej, naturalnej strony, a nie jak na showmana i celebrytę.

To właśnie w tej stonowanej, intymniejszej (prywatniejszej) części filmu zostaje poruszona również kwestia – nomen omen – samych koncertów poza Ameryką, a właściwie ich braku. W dokumencie temat ten został ledwie liźnięty* – a wielka szkoda, bo sprawa była kuriozalna i wręcz memiczna, a sprawca całego zamieszania – Pułkownik Tom Parker – w dokumencie Luhrmanna jak najbardziej został wspomniany i kilka razy pokazywany. Z wad mogę jeszcze wspomnieć o niejako zaburzonej chronologii wydarzeń z kalendarza Presleya. Jak już mówiłem, warstwa narracyjna jest złożona z przeróżnych wypowiedzi Elvisa na przestrzeni wielu lat, więc nawet ci najwięksi fani i (wy)znawcy Króla w paru momentach mogą czuć się zagubieni, myśląc, iż pomieszano (kolejnością) bądź całkowicie pominięto fakty z biografii muzyka.

Burning love!

Pomimo paru drobnych rys, EPiC: Elvis Presley in Concert to bardzo dobry kinowy tytuł, stanowiący ciekawe uzupełnienie filmu fabularnego Elvis z 2022 oraz wystrzałowy, kolorowy i wprawiający widza w ruch dokument, którego by się nie powstydził Król Rock and Rolla. Udany prezent na niedawne 90 urodziny muzyka z Memphis oraz godne upamiętnienie z okazji zbliżających się 50 lat od śmierci gwiazdy rhythm and bluesa!


*Z drugiej strony rozumiem tę decyzję, gdyż ciężko byłoby przedstawić to z perspektywy Presleya – był on długo okłamywany przez Parkera w sprawie niemożności koncertowania poza granicami USA.


 

Jak się podobał wpis? Kliknij na gwiazdkę, by ocenić!

Średnia ocen: 0 / 5. Łącznie oddanych głosów: 0

Ten wpis jeszcze nie ma oceny. Możesz być pierwszy!

By być na bieżąco z moimi wpisami, możesz mnie zaobserwować na poniższych social media. Dzięki z góry za wszelkie lajki, suby i followsy!

Rozumiem, że tekst był słaby… Co mógłbym poprawić?

Twoje propozycje/uwagi:

Powiązany wpis
Twój Vincent – recenzja
twój vincent recenzja

Gdyby miał okazję obejrzeć film o swojej twórczości i życiu, pewnie dałby sobie odciąć drugie ucho – byleby jeszcze bardziej Czytaj więcej

Skomentuj ten wpis za pomocą fejsbukowego konta!
Udostępnij poprzez:

Zobacz także:

Comments are closed.