Czy PEWNEGO RAZU W… HOLLYWOOD było lepiej? Recenzja filmu Tarantino

To nieprawda, że ostatnie dzieło Quentina ukazuje, jak kiedyś kino było magiczne i silne. Ono, paradoksalnie, wraca ze zdwojoną siłą – stając się przekleństwem filmu i pożerając obraz amerykańskiego reżysera.


W dziewiątym filmie – jak to niesłusznie reklamuje dystrybutor, bo pomija nieudany debiut z lat 80. czy kilka koprodukcji – Quentina Tarantino pierwsze skrzypce gra Hollywood, a konkretniej jego zmieniające się środowisko. Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) – telewizyjny aktor grający rzezimieszków w serialach – oraz jego wieloletni kaskader, Cliff Booth (Brad Pitt), po kilkuletniej przerwie starają się odnaleźć w nowym światku filmowym, jednocześnie próbując szczęścia w bardziej dochodowych produkcjach. Po drodze dowiadują się także, że są sąsiadami samego Romana Polańskiego i jego świeżo upieczonej żony, Sharon Tate. Jednak drogi tych dwóch par krzyżują się dopiero pod koniec filmu, czemu poświęcę jeszcze tę recenzję.

<input type="image" src="searchbutton.png" alt="Search">

fot. materiały prasowe

Once Upon Time in… Hollywood to hołd złożony powojennej kinematografii – również tej klasy B i C – na której przecież Tarantino się wychował i której pewne schematy ochoczo przemyca do swoich filmów. W recenzowanym tytule jest masa nawiązań do kultowych seriali i kinowych hitów z lat 50. i 60. oraz ówczesnych gwiazd Hollywood, jak Steve McQueen. (W filmie nie zabrakło także auto-easter eggów, włącznie ze “stupkarskim” fetyszem Tarantino). W całym budowaniu tego magicznego świata przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pomaga ścieżka dźwiękowa oraz scenografia. Ujęcia z wnętrza samochodów stanowią pretekst do zaprezentowania ulic Beverly Hills sprzed 50 lat.

Magiczna jest również relacja głównych bohaterów. Duet Dalton—Booth to coś więcej niż współpraca na planach zdjęciowych czy relacja celebryta i szofer/asystent – to faktyczna przyjaźń, jeśli nie nawet bromance, która zdaje egzamin pod koniec filmu, i równie emocjonująca co perypetie Winnfielda i Vegi z Pulp Fiction czy wspólna wędrówka czarnego Django i doktora Schultza. W (z)budowaniu pięknej przyjaźni dwójki protagonistów oczywiście wielka zasługa Pitta i DiCaprio, którzy wspięli się na wyżyny – jeśli nie góry – swoich talentów. Generalnie cała ekipa aktorów spisała się na medal, w której znaleźli się niektórzy pupile Tarantino, jak Kurt Russell czy Michael Madsen.

<input type="image" src="searchbutton.png" alt="Search">

fot. materiały prasowe

Wizja (filmowego) świata to mocna strona, a zarazem… największa zmora recenzowanego tytułu. Reżyser rozpływa się w swoim komentarzu na temat dawnych czasów, w pierwszym akcie męcząc widza licznymi retrospekcjami (czy raczej projekcjami) starych filmów. Nie zrozumcie mnie źle: Hollywood w interpretacji Tarantino to piękna rzecz – lecz również inna niż to, co dotąd mogliśmy oglądać w jego filmach. Gdyby nie to, że już w połowie lat dziewięćdziesiątych Amerykanin wypracował swój styl i na wiele lat przyzwyczaił do charakterystycznego sposobu kręcenia, to ten “eksperyment” z nostalgiczną wędrówką mógłby się udać.

Narracja to jedno, a dialogi to drugie – które również nie mają tego czegoś, czym raczył nas wcześniej reżyser. Pomimo naprawdę świetnej gry aktorskiej, rozmowy między bohaterami stanowią co najwyżej skromny pokaz możliwości Tarantino. Nawet finał, będący w iście tarantinowskim stylu, potrafi rozczarować, jeżeli pamięta się sceny jatki z Kill Billa i Django. Pochwalić mogę za to środkowy akt, a zwłaszcza fragment dotyczący wizyty Cliffa na ranczu. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio czasie w seansu czułem się tak mocno zaniepokojony nieciekawą sytuacją bohatera.

pewnego razu w hollywood recenzja

fot. materiały prasowe

Oliwy do ognia niedoskonałości dolewa temat Sharon Tate. Nie chodzi nawet o błahe potraktowanie dramatu Polańskiego czy samą niezgodność historyczną – bowiem w Pewnego Razu w… Hollywood Tarantino miesza wątki autentyczne z fikcyjnymi i, podobnie jak w Bękartach Wojny, interpretuje fakty na nowo, tworząc tym samym alternatywną rzeczywistość. Problemem jest mała ilość czasu ekranowanego pary gwiazd filmowych: Tate jest tak mało, a Romana jeszcze mniej, że bez ich udziału film w kwestii formalnej dużo by nie ucierpiał, a nawet przeciwnie. Bohaterka grana przez Margot Robbie jest potrzebna tak naprawdę dopiero w ostatnich minutach filmu, przez co jej postać, choć istotnie symboliczna, może wydawać się spłycona. Z drugiej strony, jeżeli Tarantino celowo bawił się widzem, spychając ją na dalszy plan w pierwszej połowie filmu, tym samym niecierpliwiąc odbiorcę oczekiwanym morderstwem, pozostaje mi zgodzić się z decyzją reżysera.

Przyznam szczerze, że to pierwszy film Tarantino, z którym mam duży problem przy byciu kupionym i który sprawia mi kłopot w jednoznacznej ocenie. Film, którego twórcom przecież trudno zarzucić partactwo czy zafundowanie nudy. A jednak; jeżeli recenzowany tytuł faktycznie ma zamykać portfolio Quentina (w co osobiście nie wierzę), to jestem zawiedziony. Czy w takim razie to najgorszy obraz znanego reżysera w jego dorobku? Trudno mi orzec, jeżeli jeszcze nie widziałem w całości Jackie Brown i Nienawistnej Ósemki. I choć zdecydowanie jest lepszy od pierwszego Grindhouse, to po chwalonym obecnie najnowszym dziele “brata Rodrigueza” spodziewałem się znacznie więcej. Pewnego Razu w… Hollywood to najlepszy prezent, jaki Tarantino mógł sprawić Hollywood i dawnemu przemysłowi filmowemu w ogóle. Za to jeden z gorszych prezentów, jaki mógł sprawić swoim wiernym fanom, i jeden z gorszych sposobów, w jaki mógł(by) pożegnać się z kinem.

pewnego razu w hollywood recenzja

fot. materiały prasowe

Udostępnij poprzez:

Zobacz także:

Comments are closed.