Wolałbym się urodzić kobietą, niż bez rąk. (Czyli o dyskryminacji rodem z Hollywood)

niepełnosprawni aktorzy

Czarni. Azjaci. Żydzi. Latynosi. Arabowie. Kobiety. Homoseksualiści. Transseksualiści. Czy na polit-poprawnej arce Noego, szukającej bezpiecznego, suchego lądu w przemyśle filmowym, starczyło miejsca dla każdego?


Czarna Pantera, kolejny blockbuster ze stajni Marvela, miał być wysokiej jakości aperitifem przed oczekiwaną przez wielu fanów MCU Wojną bez granic. Podobnie Kapitan Marvel, mająca wzbudzić apetyt przed Końcem gry. I choć ostatecznie film z Brie Larson okazał się mniejszym sukcesem – kasowym i artystycznym – niż przygody wojownika z Wakandy, to oba filmy miały jeden wspólny, ale ważny cel: rozpromować w popkulturze odmienność i pokazać, że w kinie pierwsze skrzypce mogą grać postaci inne niż biały mężczyzna.

I się zaczęło. Z prawej strony krzyczano o poprawności politycznej, uległości wobec mniejszości oraz upadku Okcydentu – a zdobycie przez Czarną Panterę Oscara w trzech kategoriach, a zwłaszcza nominacja w klasie „najlepszy film 2018”, jeszcze tylko wzmocniły te krzyki urojenia. Im bardziej krzyczała ze złości jedna strona, tym druga bardziej rozpaczała, że w kinie nadal brakuje reprezentacji mniejszości. I faktycznie, coś w tym jest; lecz nieprawdą jest twierdzenie, że wcześniej nie czyniono czegokolwiek w tym kierunku.

Kino w latach dwudziestych ubiegłego wieku, z eksperymentu, zabawy i raczej prymitywnego ruchu obrazów, wyewoluowało w prawdziwą rozrywkę dla mas, jeśli nie nawet pełnoprawną sztukę. Zawężenie tej ewolucji tylko do aspektów technicznych, tj. koloru, dźwięku i dłuższego metrażu, byłoby krzywdzącym uproszczeniem. I wojna światowa, choć tragiczna w skutkach, odcisnęła piętno na stosunkach politycznych i społecznych. Z jednej strony, kinematografia zaczęła być dostrzegana i doceniana przez zwykłych ludzi; to wtedy też narodziły się pierwsze gwiazdy filmowe. Z drugiej strony – filmem zainteresowali się politycy, wykorzystując to medium do własnych celów, co szczególnie było widoczne w państwach totalitarnych. Gdzieś po środku stały problemy społeczne i prawa mniejszości, w tym wątki feministyczne i nieheteronormatywne. Najwięcej filmów poruszających te [powoli gasnące] tematy tabu powstało w Niemczech w dwudziestoleciu międzywojennym, oczywiście jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy. Nadal był to jednak margines, ledwie wycinek kina, a wiele z tych tytułów zostało zakazanych. W reprezentacji społeczności LGBT nie pomógł nawet potworek Eda Wooda o imieniu Glen czy Glenda… Do poważnego (i jednocześnie powszechnego w świadomości widowni) potraktowania tego tematu trzeba było czekać do lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, których ikoną stały się Filadelfia oraz Tajemnica Brokeback Mountain.

Więcej szczęścia mieli czarnoskórzy i kobiety, którzy w komercyjnym kinie zaczęli być śmielej prezentowani po II wojnie światowej. Ci pierwsi dostali angaż przede wszystkim w filmach akcji i komediach sensacyjnych z lat 70. i 80., na czele z oryginalnym Shaftem (Richard Roundtree) czy Axelem Foleyem, czyli tytułowym gliniarzem z Beverly Hills. Kobiece postaci natomiast zaczęły się wysuwać na pierwszy plan m.in. za sprawą kina noir czy kontrowersyjnego i dziś Rogera Vadima (choć nadal nie było to kino feministyczne). Niemniej, symboliczny przełom dokonał się już w 1940 roku, kiedy to Hattie McDaniel, jako pierwsza Afroamerykanka, otrzymała Oscara za drugoplanową rolę w Przeminęło z wiatrem – choć do lat pięćdziesiątych w niektórych produkcjach można było jeszcze uświadczyć charakteryzację typu blackface.

Niezależnie od tego, jak faktycznie duża jest dominacja białoskórych i heteroseksualnych postaci w kinie i jak duży problem stanowi tzw. whitewashing, tak nadal pewna grupa jest może nie tyle dyskryminowana, co przede wszystkim pomijana.

Mowa o niepełnosprawnych.

Mam na myśli jednak nie fikcyjnych (czy inspirowanych autentycznymi) bohaterów – bo ci od ponad 40 lat stanowią oś fabuły coraz to większej liczby filmów (Zapach kobiety, Urodzony 4 lipca, Przebudzenia, Forrest Gump, Jestem Sam, Motyl i skafander, Nietykalni, Rozumiemy się bez słów, Pełnia życia czy polskie Chce się żyć). Niezależnie, czy są to poważne wyciskacze łez, czy sympatyczne, acz jednocześnie niosące morał komedie, tak inwalidzi, osoby umierające czy po prostu oszpecone są jak najbardziej reprezentowane w kinie, również tym zachodnim i wysokobudżetowym. I zazwyczaj godnie reprezentowane.

Gorzej już z partycypacją niepełnosprawnych w przemyśle filmowym, a szczególnie aktorskim. Dla wielu wypadek czy wrodzona dysfunkcja oznacza przekreślenie kariery aktorskiej i niespełnione marzenia o byciu gwiazdą filmową. Zdrowi, w pełni sił aktorzy, grający role kalekich czy śmiertelnie chorych osób, odznaczają się nie lada talentem oraz pewnego rodzaju odwagą, gotowością na nowe i inspirujące doświadczenia. Za to nie można tego samego powiedzieć o producentach filmowych, którzy nie mają odwagi zaangażować osoby faktycznie niepełnosprawne, marginalizując tym samym całkiem znaczną, a przy tym wcale nie gorszą grupę ludzi.

Jednym z nielicznych filmowców, który miał tę odwagę, był Tod Browning. Najsłynniejszy ojciec kinowych horrorów made in USA do produkcji o (nie)wdzięcznym tytule Dziwolągi, tworzonej na podstawie opowiadania Toda Robbinsa, zaprosił prawdziwych cyrkowców, którzy cechowali się poważnymi dysfunkcjami, jak całkowity brak kończyn czy małogłowie. Browning dostał zielone światło od wytwórni MGM, która później jednak, w obawie przed skandalem, wymusiła zmiany w scenariuszu, tym samym mieszając w montażu i skracając obraz z 90 do 64 minut – choć nadal ochoczo reklamowała film hasłami typu „Czy zdrowa, dorosła kobieta może pokochać karła?”.

Nawet ocenzurowana wersja nie uchroniła twórców przed falą krytyki, czyniąc film z miejsca głośnym, ale haniebnym tytułem. Najpopularniejszym argumentem przeciwników był fakt zatrudnienia autentycznych niepełnosprawnych do roli “wybryków natury”, twierdząc, że jest to niemoralne. To zabawne; tym bardziej, że cywilizacja zachodnia jeszcze sto lat temu była pełna absurdów. Z jednej strony, na bazie etyki chrześcijańskiej, starano się szanować każde życie, a eutanazja oraz aborcja stanowiły nie tylko temat tabu, ale i traktowano je jako ciężki grzech i przestępstwo. Z drugiej strony, osoby ciężko chore (fizycznie i/lub psychicznie) nie zawsze mogły funkcjonować w społeczeństwie, będąc spychanym na margines oraz zmuszanym do życia w odosobnieniu. Ci sami ludzie, dla których udział niepełnosprawnych w filmie był amoralny, nie widzieli już problemu w tym, że takie osoby stanowią żywą atrakcję cyrków.

Czy T. Browning faktycznie chciał rozpocząć dyskusję na temat praw osób ciężko niepełnosprawnych; czy, poprzez zaszokowanie widza, liczył tylko na rozgłos i tanią sensację? Tego do końca nie wiemy; choć fabuła filmu wykazuje większe prawdopodobieństwo opcji pierwszej. Bowiem reżyser i scenarzyści antagonistami uczynili parę zdrowych, w pełni sił cyrkowców, a właśnie tych tytułowych dziwolągów namaścili na pozytywnych bohaterów – mimo że ostatecznie ci drudzy mszczą się na niedoszłych mordercach – tym samym dehumanizując “normalność”, a uczłowieczając to, co odbiega od normy. Zabieg niecodzienny, zwłaszcza w tamtych czasach.

Dziwolągi nie były ostatnim filmem Browninga, ale właściwie pogrzebały jego karierę, czyniąc swego stwórcę niejako persona non grata w Hollywood. Co innego odtwórcy niepełnosprawnych cyrkowców. Grając samych siebie, mieli wreszcie okazję pokazać światu, że wcale nie są gorsi i tak samo jak zdrowi, pełnosprawni ludzie, posiadają marzenia i uczucia. Nawet jeśli dla niektórych nie była to pierwsza przygoda z kinem (jak w przypadku Harry’ego Earlesa, grającego karłowatego Hansa), to film Browninga nie spłycał problemu osób niepełnosprawnych (wręcz przeciwnie), jednocześnie skuteczniej – niż inne filmy z podobną tematyką – przenikając do świadomości masowego widza.

Choć aktorzy-cyrkowcy z czasem zyskali sympatię wielu osób w kraju, tak przez wiele kolejnych dekad marginalizacja niepełnosprawnych aktorów i aktorek nadal była problemem w przemyśle filmowym w skali całego globu. Do chlubnych wyjątków można zaliczyć Christophera Reeve’a czy Michaela J. Foksa. Ten pierwszy, mimo wypadku w 1995 i sparaliżowania całego ciała, pozostał aktywny zawodowo. Co prawda głównie jako reżyser, ale przed śmiercią Reeve’owi udało się wystąpić w Oknie na podwórze Jeffa Blecknera, a także zagrać pojedyncze, epizodyczne role w kilku serialach. Fox ma trochę więcej szczęścia – odtwórca Marty’ego McFly, w przeciwieństwie do twarzy Supermana, był (i nadal jest) bardziej dyspozycyjny, gdyż choroba Parkinsona postępuje powoli. W latach dziewięćdziesiątych, mimo świadomości bycia chorym, M.J. Fox zagrał w wielu filmach, w tym główną rolę w Przerażaczach. Po roku 2000 – kiedy przyznał się światu o swoim schorzeniu – ograniczył aktorstwo, ale bardziej z własnej woli, gdyż choroba zaczęła być bardziej dokuczliwa.

Powyższe przykłady, choć pozytywne, zdradzają także to, że niepełnosprawni aktorzy to zazwyczaj te osoby, które już wcześniej były aktorami, jeszcze przed chorobą czy wypadkiem, niż na odwrót. Reeve i Fox mieli to szczęście, że w momencie kalectwa/ograniczonej sprawności, posiadali już ugruntowaną pozycję w Hollywood. Pozostali niepełnosprawny odtwórcy filmowi – których obecnie można policzyć na palcach może dwóch rąk – nie mają co liczyć na światową sławę, ani tym bardziej na angaż w wysokobudżetowych produkcjach. Zdarzają się także skrajnie pejoratywne przypadki, jak ten z pewnym brytyjskim prezenterem telewizyjnym i aktorem. Mowa o smutnej sprawie Adama Pearsona – cierpiącego na nerwiakowłókniakowatość – który nie został w ogóle rozpatrzony przy poszukiwaniach odtwórcy tytułowej roli w planowanym remake’u Człowieka słonia, filmu biograficznego o żyjącym w drugiej połowie XIX wieku Josephie Merricku. Producenci tłumaczyli to tym, że człowieka ze zdeformowaną twarzą może zagrać przecież zdrowy aktor, dzięki udanej charakteryzacji.

A co, gdyby to odwrócić? By niepełnosprawny zagrał pełnosprawnego? Wydaje się nierealne; ale przecież dzięki cudom efektów specjalnych – kiedyś praktycznych, następnie optycznych, a obecnie cyfrowych – zdrowi mieli możliwość wcielenia się w kaleków, jak np. Gary Sinise, grający porucznika Taylora w Forreście Gumpie. Jak szeroko pojęta medycyna rekonstrukcyjna ciągle ewoluuje, tak i komputerowe efekty wizualne, choć już zaawansowane, nadal potrafią zaskakiwać. Jestem świadom, że nie każdy ułomny aktor (fizycznie bądź psychicznie) będzie w stanie zagrać każdą rolę; niemniej performance capture, wspomagany innymi technikami, jak choćby chroma key, to przecież okazja i często jedyna szansa dla oszpeconych bądź kalekich osób, chcących grać tych “normalnych” – lecz nadal niewykorzystywana. Zresztą, zawód aktora nie musi się wcale ograniczać do zwykłych ról czy podstawy dla CGI w filmach i serialach – doskonale może sprawować się na deskach teatru, w teledyskach, reklamie, w użyczaniu wizerunku w grach wideo czy w dubbingu (o ile dana osoba nie jest niema).

Szansą dla niepełnosprawnych aktorów są ich, również chorzy, koledzy po fachu, którzy głośno mówią o swoich okaleczeniach czy innych problemach zdrowotnych. Od całkiem zdrowej, ale lekko “nieprzyjemnej” i “odstraszającej” twarzy Mirosława Zbrojewicza, po prozopagnozję Brada Pitta, kończąc na Jerzym Stuhrze, któremu w wyniku raka krtani groziła utrata mowy, oraz wspomnianym już wcześniej Michaelu J. Foksie z Parkinsonem – ci wszyscy aktorzy nie tylko nie wstydzą się swoich ułomności, ale także wspierają innych, pokazując niepełnosprawnym, że nawet aktor z mniejszymi lub większymi dolegliwościami ma szansę spełniać się zawodowo i artystycznie. Swoją cegiełkę na tym polu dołożyli także producenci rodzimego Klanu, którzy od ponad 20 lat współpracują z Piotrem Swendem, czyli serialowym Maćkiem, cierpiącym na zespół Downa.

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego nadal niepełnosprawni aktorzy stanowią margines marginesu, rzekłbym, że przyczynę stanowią – prócz względów finansowych i wizerunkowych wytwórni filmowych – trudności dla samych aktorów. Wiele dolegliwych chorób i okaleczeń sprawia kłopot, a co dopiero pogodzenie niepełnosprawności z życiem zawodowym, zwłaszcza takim jak aktorstwo. Bycie gwiazdą filmową, widoczną na wielu posterach, oznacza nie tylko większe zarobki, ale i większe koszty życia, biorąc pod uwagę również częstsze wyjazdy, stawianie się na plan zdjęciowy, udziały w wywiadach, a także ewentualne komplikacje przy rehabilitacji. Podobnie jak przy inwalidzkich sportowcach, tak i życie ewentualnego kinocelebryty z cięższą niepełnosprawnością oznacza większe koszty i większe ryzyko.

Nawet gdyby pieniądze nie stanowiły problemu, a komfort życia osób chorych i kalekich by się polepszył, tak istotna jest również zmiana myślenia – zarówno w środowisku filmowym, jak i społeczeństwie. Obecnie, w świetle haseł #pride czy #MeToo, akcentuje i akceptuje się odmienność oraz przeciwstawia się zamachom na wolność i równość; tyle że nadal wybiórczo. Podczas gdy głośno mówi się o aktywizacji, nie tylko zawodowej zresztą, osób wykluczonych – seniorów, samotnych matek, kalekich czy z zaburzeniami rozwojowymi na poziomie mentalnym – Hollywood nadal niechętnie patrzy na niepełnosprawnych odtwórców ról. Tak, ten sam Hollywood, który nie tylko stawia na reprezentację kobiet, przedstawicieli mniejszości etnicznych czy osób ze społeczności LGBTQ+ w tytułach kinowych, ale i szanuje odmienność prawdziwych ludzi w samym środowisku filmowym, gdzie bycie gejem/lesbijką wśród aktorów czy reżyserem-emigrantem ze wschodu nie jest powodem do wstydu.

Na szczęście na Zachodzie, zwłaszcza w USA, wśród zwykłych ludzi zaczyna zmieniać się to myślenie. Duża w tym zasługa nie tylko coraz częstszych dyskusji na temat dyskryminacji niepełnosprawnych aktorów, ale wszelkie akcje typu body positive, które ostatnio zaczęły się nie ograniczać tylko do kobiet z wyższym wskaźnikiem BMI. Ja sam pozytywnie byłem zaskoczony sesją zdjęciową agencji Zebedee Management, pod hasłem „Everybody Beautiful”, w której wystąpili autentyczni inwalidzi w różnym wieku i różnego pochodzenia.

Do poszanowania i zrównania niepełnosprawnych bądź oszpeconych aktorów z tymi zdrowymi nadal daleka droga, ale powyższe przykłady – włącznie z niesławnymi Dziwolągami T. Browninga – pokazują, że jest szansa na brak hollywoodzkiej dyskryminacji. Również i u nas, kiedy symbolicznym, acz już zapomnianym przełomem była sprawa sprzed jakichś 12 lat – gdy w jednej z reklam społecznych osobę na wózku zagrał zdrowy, w pełni sił aktor, co wywołało oburzenie części Polaków.

Hollywoodzka arka równości i tolerancji wymaga gruntownej naprawy i rozbudowy. Miejsca dla mnie brak: gdybym był kobietą, miałbym większe szanse na karierę aktora, niż gdybym miał amputowane ręce, oślepł czy cierpiał na łuszczycę – która to jest mi bliska od kilkunastu lat.


Niniejszy tekst pierwotnie posłużył za pracę konkursową, napisaną na potrzeby konkursu “Powiększenie – edycja IX” zorganizowanego przez portal Filmweb.

Jak się podobał wpis? Kliknij na gwiazdkę, by ocenić!

Średnia ocen: / 5. Łącznie oddanych głosów:

Ten wpis jeszcze nie ma oceny. Możesz być pierwszy!

By być na bieżąco z moimi wpisami, możesz mnie zaobserwować na poniższych social media. Dzięki z góry za wszelkie lajki, suby i followsy!

Rozumiem, że tekst był słaby… Co mógłbym poprawić?

Udostępnij poprzez:

Zobacz także:

Comments are closed.