Czy Nolan popłynął? Premierowa recenzja filmu ODYSEJA (2026)

Odyseja Nolan

Loading

Wieszczono porażkę. Że film to trojan polit-poprawności i kultury woke. Że reżyser odpłynął. Fakt, nie jest to dzieło wierne materiałowi źródłowemu. Czy w takim razie Homer może przewracać się w grobie?

Christopher Nolan, ojciec takich filmów jak Memento (2000), Incepcja (2010), Interstellar (2014) czy oscarowy Oppenheimer (2023), przy tworzeniu swojego najnowszego obrazu kinowego tym razem posłużył się bodaj najsłynniejszym antycznym dziełem, czyli twórczością Homera w postaci Iliady i Odysei. Przy czym, jak sugeruje tytuł, zdecydowanie więcej tutaj treści z 10-letniej tułaczki Odysa niż z przekazów na temat wojny o Troję. Historia z porwaniem Heleny oraz decydującą bitwą w postaci konia trojańskiego zostały przez Nolana jeszcze mniej liźnięte niż w oryginalnej Odysei; wątki te służą bardziej jako dodatek do całego filmu niż pełnoprawne wprowadzenie i baza dla scenariusza.

Jest to Nolan pełną gębą i widać to już od pierwszych minut seansu – unikalny styl reżysera można dostrzec w konstrukcji filmu oraz w sposobie opowiadania historii. Odyseja nie raczy nas linearną, uporządkowaną historią, lecz bogata jest w przeskoki, szarpane sceny, montaż równoległy oraz liczne retrospekcje. Całą opowieść poznajemy głównie z dwóch perspektyw: Odyseusza (Matt Damon) oraz jego syna, Telemacha (Tom Holland). Ten drugi próbuje odszukać ojca lub chociaż poznać jego los, ten pierwszy natomiast, borykający się z częściową amnezją, pragnie odnaleźć swój dom i wrócić do żony.

Podobnie jak w oryginale, tak i tu fabuła nie jest spłycona tylko do tęsknoty tudzież testosteronowego szału wojny. W tle mają miejsce m.in. intrygi polityczne (wątek tzw. zalotników) czy pytania o naturę człowieka (ludzki los w obliczu woli i kaprysu bogów). Przy czym kinowa Odyseja z początku nie angażuje widza jeszcze tak mocno. Montaż na początku jest spokojny (nie to co w Oppenheimerze, gdzie w I akcie przeskakiwano z jednego ujęcia do drugiego), narracja wcale nie innowacyjna, a pierwszoplanowe postaci jeszcze nie są przekonujące (można by rzec, że są nawet płaskie). Ale wszystko się zmienia w akcie środkowym, gdy historia jest skupiona na Odyseuszu i jego ludziach już jakiś czas po podbiciu Troi.

Nolan wie, jak budować napięcie i jak pociągać za sznurki – a czyni to poprzez sprawny montaż, nie najgorsze zdjęcia oraz klimatyczną muzykę Ludwiga Göranssona, która z czasem zaczyna dostosowywać się do akcji widzianej na ekranie. także choreografię. Wtedy też zakrawa o horror…

Najmocniejszą stroną filmu są za to aktorzy. O ile jeszcze na samym początku nie potrafią emanować charyzmą (albo inne rzeczy nie pozwalają im wyeksponować talent), to wraz z postępem w fabule rozwijają swoje skrzydła. Moim faworytem jest tutaj Tom Holland, który najlepiej oddał przemianę, metamorfozę bohatera – z nieśmiałego i nieporadnego młodzieńca o szlachetnym, ale jakże zarazem naiwnym sercu staje się w końcu mężczyzną odważnym i zarazem doborowym strategiem oraz kompanem broni. Matt Damon oraz Robert Pattinson jako Antinoos również kradną show – ten pierwszy sprawdza się jako wybitny wojownik oraz mądry król (z początku) i jednocześnie człowiek zagubiony, zmęczony życiem (drugi akt); natomiast drugi wiernie oddał postać łączącego w sobie twardego cynika, chytrego lisa i dwulicowej żmii. Każdy z tych bohaterów jest nieoczywisty na swój sposób. Przypadła mi do gustu również postać pasterza, wiernego sługi króla (John Leguizamo).

Generalnie aktorstwo daje radę, ale są tutaj dwa naprawdę spore odstępstwa od reszty. Zawiodłem się spłyceniem i zmarginalizowaniem roli Heleny (Lupita Nyong’o), Jon Bernthal zaś (jako Menelaos) nie przekonał mnie do siebie. Nie jestem zadowolony również z efektów specjalnych – miejscami wyglądają naprawdę sztucznie i nienaturalnie, nieprzekonująco, co widać zwłaszcza w jednej dużej scenie z Cyklopem. Uważam także, że nie wykorzystano potencjału zdjęć – a szczególnie ujęć na plaży oraz scen nocnych. No i niestety Odyseja nie zawsze wygląda tak, jak powinna i do czego przyzwyczaił nas Nolan – czyli surowo, brudno i ultra realistycznie. Dla przykładu, ta ciemna zbroja Agamemnona bardziej przypomina kuloodporny, lateksowy kostium Człowieka Nietoperza niż pancerz kogoś potężnego, wielkiego woja z greckiego eposu.

Czy ODYSEJA to najlepszy film w dorobku Christophera Nolana? No nie. Krzysiek dał nam zdecydowanie lepsze obrazy, jak Mroczny Rycerz czy Oppenheimer sprzed trzech lat. Ale machina marketingowa, niczym koń zaciągany przez lud Troi przez bramę stolicy, już dawno ruszyła. I moim zdaniem warto zaryzykować, warto wpuścić ten podarek do środka. Bo ile najnowszy film Krzyśka raczej nie ma co liczyć na Oscara, o tyle powinno się zaufać. Legendarne dzieło Homera zasługiwało na ekranizację u tak zasłużonego i wybitnego reżysera, nawet jeśli nie jest do końca wierne oryginałowi. Odyseja to wciąż kawał świetnego i przede wszystkim ambitnego kina, które powinno zadowolić i fanów Nolana, i zakochanych w kulturze starożytnej – i koneserów kina, i tych niedzielnych widzów. Ja się nie zawiodłem.

Jak się podobał wpis? Kliknij na gwiazdkę, by ocenić!

Średnia ocen: 0 / 5. Łącznie oddanych głosów: 0

Ten wpis jeszcze nie ma oceny. Możesz być pierwszy!

By być na bieżąco z moimi wpisami, możesz mnie zaobserwować na poniższych social media. Dzięki z góry za wszelkie lajki, suby i followsy!

Rozumiem, że tekst był słaby… Co mógłbym poprawić?

Twoje propozycje/uwagi:

Powiązany wpis
Twój Vincent – recenzja
twój vincent recenzja

Gdyby miał okazję obejrzeć film o swojej twórczości i życiu, pewnie dałby sobie odciąć drugie ucho – byleby jeszcze bardziej Czytaj więcej

Skomentuj ten wpis za pomocą fejsbukowego konta!
Udostępnij poprzez:

Zobacz także:

Comments are closed.