Pięć warunków sukcesu netfliksowego Wiedźmina dwa i pół roku później, czyli oczekiwania a rzeczywistość serialu z Cavillem

Stało się: miesiąc temu zadebiutowała długo oczekiwana zachodnia produkcja z Geraltem w roli głównej. Opinie były mieszane, wliczając w to oczywiście głosy oburzenia trąbiące o poprawności politycznej; ale koniec końców netfliksowy Wiedźmin nie okazał się porażką jak polski odpowiednik sprzed blisko dwóch dekad.


A moja ocena? Mam sporo do opowiedzenia, bo serial, choć poprawny, nie jest równy, a otoczka i wątek polskiego odniesienia wokół produkcji są same w sobie ciekawe, by rozpocząć dyskusję; tyle że zamiast klasycznej recenzji, odwołam się – tworząc coś na wzór autoriposty – do mojego artykułu z maja 2017 roku. Blisko trzy lata temu, zaraz po ogłoszeniu informacji o rozpoczęciu prac nad serialem, wymieniłem pięć subiektywnych “warunków” do tego, by dziecko Bagińskiego i Netfliksa spełniło oczekiwania moje i fanów Wieśka. Dlatego też pod tym kątem ocenię teraz, głośny jeszcze, pierwszy sezon z Henrym Cavillem. Zapraszam.

Wierność oryginałowi i zaangażowanie twórców

Zacznijmy może od drugiego punktu. Netflix na każdym kroku – a wraz ze zbliżającą się premierą, coraz częściej i częściej – dawał do zrozumienia, że firmie i osobom odpowiedzialnym za serial zależy na zadowoleniu fanów Białego Wilka. Liczne materiały promocyjne w social media, tweety Lauren S. Hissrich oraz wywiady z Andrzejem Sapkowskim, autorem oryginału, i Henrym Cavillem, odtwórcą tytułowej roli, miały dowieść zaangażowania w produkcję i miłości do materiału źródłowego. I w gotowym produkcie faktycznie to czuć; zwłaszcza u “Supermana”, który na swój sposób, acz ciekawie zagrał Wiedźmaka. Inaczej ma już się sprawa z zachowaniem oryginalnych treści i sensu w recenzowanym serialu. Patrząc ogólnie, z szerszej perspektywy, Wiedźmin Netfliksa znacząco nie odbiega od książek; diaboł jednak tkwi w szczegółach: nie wszystkie wydarzenia czy intencje bohaterów zostały przeniesione jeden do jednego z kart powieści i opowiadań. Ale o tym jeszcze wspomnę nie raz w tym tekście.

Zaangażowanie jest, wierność już niekoniecznie

Adaptacja, nie ekranizacja

Trzy lata temu, pisząc tekst o warunkach sukcesu, miałem nadzieję, że zachodni twórcy postawią bardziej na oryginalną historię, a nie odgrzewanego kotleta. Niestety coraz to nowsze wieści sugerowały, że The Witcher będzie stanowić ekranizację przygód znanych z kart książek. I faktycznie, fabuła serialu jest mocno wzorowana na opowiadaniach, głównie ze zbioru Ostatnie Życzenie, lekko zahaczając o pierwszy tom wiedźmińskiej sagi, czyli Krew Elfów. Twórcy postanowili jednak namieszać w chronologii – co z początku może wywołać mętlik w głowie, nawet u największych znawców Wiedźmina – jednak ostatecznie widz się przyzwyczaja i zaczyna rozumieć historię, a losy bohaterów są już z ciekawością śledzone. Prócz nielinearnego biegu wydarzeń, w serialu uświadczymy też pewne odstępstwa od oryginału w kwestii charakteru czy genezy części protagonistów i antagonistów. I u niektórych zabieg ten jest zrozumiały, dokonany świadomie na potrzeby serialu oraz broniący się sam, a u innych… no cóż… Moje największe zarzuty dotyczą postaci Triss Merigold. Nie chodzi mi nawet o kwestię aparycji czy osobowości – kasztanowłosa czarodziejka w wydaniu Netfliksa jest po prostu arcynudna i nie potrafi zaciekawić swoją rolą. Yennefer grana przez Anyę Chalotrę także jest miałka, w przeciwieństwie do swojej wersji znanej z książek.

Coś pomiędzy: czyli niby to samo, co już doskonale znamy, ale w trochę innym wydaniu. Część zmian fabularnych w stosunku do książek zrozumiała i akceptowalna, inna krzywdząca

fot. Netflix

Bez zbędnych bajerów

Wiedźmin Sapkowskiego to świat fantasy – a jak fantasy, to niepozbawiony nadprzyrodzonych istot oraz sił. Dlatego nie oszukujmy się: obecnie CGI jest potrzebne, by stworzyć “wierny” i przekonujący świat fantastyczny. I w polsko-amerykańskim Wiedźminie komputerowo generowanych efektów nie zabrakło, jednak na szczęście nie są one przytłaczające oraz bardzo sztuczne. Przy czym nie wszystkie są perfekcyjne – nierzadko ma się świadomość, że to, co jest na ekranie, jest tylko cyfrowym wymysłem grafików komputerowych. Powiem wręcz, że w zasadzie żadne CGI nie było na tyle fotorealistyczne, bym uwierzył w tę iluzję. (Choć oczywiście – powtarzam jeszcze raz – jakość efektów komputerowych nie jest wcale potworna. Jest po prostu poprawna). Cieszy za to fakt, że sporo scen na zewnątrz faktycznie kręcono w plenerach, a nie w studiu. No i ostatnia kwestia w tym podpunkcie: walki. Zdecydowanie jedna z najjaśniejszych stron serialu; Cavilla robiącego śmiercionośne piruety z mieczem w ręku chce się oglądać bez końca. Tylko więcej wiedźmińskich znaków mógłby rzucać, ale nie jest to duży problem.

Komputerowe efekty specjalne nie rażą ani jakością wykonania, ani poziomem zagęszczenia. Za to sceny batalistyczne to uczta dla oka – ale tylko te z udziałem Rzeźnika z Blaviken

 

Wyważenie między humorem a powagą

Kto czytał dokładnie Wiedźmina, i nie raz, ten doskonale wie, że literatura AS-a jest niepozbawiona zarówno lekkich tematów, jak i śmiertelnie poważnych, nieraz wręcz smutnych wątków. Panie i panowie z Netfliksa oraz kooperujących firm zaserwowali nam serial, w którym też nie brakuje scen z humorkiem. Najlepiej w tej kwestii wypada relacja między Geraltem a Jaskrem: niczym Shrek i Osioł, ci dwaj panowie są jak woda i ogień – niezgodność charakterów, grubą warstwą pokrywająca dopiero co rodzącą się przyjaźń, staje się powodem do lżejszych kłótni; a dla widzów: powodem do śmiechu. Gorzej natomiast wypadła ta druga strona medalu, jeżeli chodzi o ton fabularny. Owszem, produkcja Lauren S. Hissrich nie jest pozbawiona trudnych i ważnych tematów (w serialu mocno są zaakcentowane zwłaszcza sprawy feministyczne), ale – to podczas czytania książek potrafiłem (nie) utożsamić się z bohaterami i ich problemami, współczując im bądź ich nienawidząc, a nie w czasie seansu na małym ekranie. Ponadto amerykańska produkcja w pewien sposób spłyca oryginalne wątki, jak np. historię Renfri i motywacje Stregobora z opowiadania Mniejsze Zło (odcinek w amerykańskim serialu: “Początek końca”). Być może wynika to z małego czasu antenowego: pomimo ok. 60 minut trwania każdego odcinka, wepchanie naprzemiennie trzech wątków (Geralta, Ciri i Yen) nie pozwoliło wyeksponować istotnych przesłanek stojących za działaniami bohaterów… Ale przynajmniej cieszy to, że serial nie jest ugrzeczniony – bywa brutalny, krwisty i wulgarny.

Adaptacja bywa zabawna, jak smutna; ale tylko humorystyczne sceny potrafią porządnie rozśmieszyć, natomiast te poważne/dramatyczne – nie grają na uczuciach, tak jak książkowy oryginał czy gry od CD Projektu

Chyba co druga osoba łapie się na grafikę Zbliżeniowy, myśląc, że pan Janusz Piechociński faktycznie napisał o 68 tys….

Opublikowany przez Przemysława Bednarskiego Środa, 3 października 2018

Polska kwestia

Na sam koniec rzecz, o którą najbardziej się martwiłem: swojskość. I, okej, wiem, że świat wykreowany przez Sapkowskiego nie jest w stu procentach słowiański (cokolwiek by to miało znaczyć). Jednak nie oszukujmy się, ze względu na samo pochodzenie autora oraz początkową popularność opowiadań/powieści wyłącznie u nas, historia białowłosego zabójcy może przywoływać skojarzenia z środkowoeuropejskim folklorem etc. Tomek Bagiński na szczęście zadbał o to, by serialowa opowieść była uniwersalna, a jednocześnie nie odstępowała za bardzo od oryginału. Dlatego też Sapkowski, wg zapewnień wypożyczalni, jako konsultant miał decydujący głos, zaś parę scen w plenerach kręcono w Europie Środkowej, w tym przy naszym Zamku Ogrodzieniec. (Mogę jeszcze wspomnieć, z przymrużeniem oka, o epizodycznej roli naszego rodaka, czyli Macieja Musiała ;) ). Można więc z ręką na sercu uznać, że The Witcher, jako tako, mieści się w tak zwanym kanonie europejskiego fantasy. Ale najistotniejszą częścią tego warunku były… polskie głosy. Tak, Wiedźmin od Netfliksa – wyjątkowo na tle innych produkcji tego giganta – otrzymał nie tylko lektora (tu: Piotr Borowiec), ale i polskojęzyczny dubbing. W tytułową postać wcielił się sam Michał Żebrowski, czyli pierwszy Wiedźmin, który pojawił się na ekranach. I muszę przyznać, że w starej-nowej roli wypadł dobrze, jeśli nie nawet bardzo dobrze; pozostali rodzimi aktorzy również wywiązali się z powierzonego im zadania. Jedyne, co mocno odbiegało od normy, to synchronizacja głosów, ale na szczęście nie była to na tyle kwestia rażąca, bym podczas oglądania przełączył na inną wersję języka audio.

Są polskie głosy, są polskie plenery. Warunek spełniony w stu procentach

A Wy jakie mieliście oczekiwania wobec serialu? Napiszcie w komentarzach.


Niniejszy wpis dedykowany Sebastianowi Czubernatowi, mojemu Patronowi, z okazji imienin. Chcesz do niego dołączyć i mnie wesprzeć? Zajrzyj tutaj!


 

Jak się podobał wpis? Kliknij na gwiazdkę, by ocenić!

Średnia ocen: 2.5 / 5. Łącznie oddanych głosów: 2

Ten wpis jeszcze nie ma oceny. Możesz być pierwszy!

By być na bieżąco z moimi wpisami, możesz mnie zaobserwować na poniższych social media. Dzięki z góry za wszelkie lajki, suby i followsy!

Rozumiem, że tekst był słaby… Co mógłbym poprawić?

Twoje propozycje/uwagi:

Skomentuj ten wpis za pomocą fejsbukowego konta!
Udostępnij poprzez:

Zobacz także:

Comments are closed.