TENET – recenzja filmu

TENET recenzja

Loading

Wirus wywołujący CoViD-19 podobno jest w odwrocie, ale kina nadal świecą pustkami, jakby pandemia wciąż szalała po świecie. Bohaterowie najnowszego filmu Nolana też działają i w odwrocie, i w odwecie, próbując uchronić całą ludzkość przed… no właśnie, czym? W fabule dzieła mowa nie o wirusie, lecz innym, znacznie większym i dotkliwszym w skutkach zagrożeniu. Czy tajni agenci będą w stanie ocalić Ziemię oraz zbawić przemysł kinowy?


Akcja najnowszego filmu Christophera Nolana rozpoczyna się z prawdziwym przytupem. Mamy Kijów, czasy współczesne: podczas koncertu orkiestry dętej terroryści napadają na operę narodową i biorą słuchaczy oraz muzyków za zakładników. Już w tej pierwszej scenie coś ewidentnie nie gra, bowiem oddziały specjalne przyjeżdżają po ledwie kilku minutach od zgłoszenia alarmu, a jedna furgonetka z agentami czekała pod budynkiem już znacznie, znacznie wcześniej – ale to niejedyny dziwny znak w czasie policyjnej akcji.

tenet recenzja filmufot. Warner Bros.

TENET to jeden gigantyczny znak – i moje słowa nie są żadną przesadą. W recenzowanym obrazie Nolana aż roi się od zagadek i wielkich niewiadomych: z jednej strony dużo tu wątków science fiction, na modłę Incepcji czy Interstellar – wiecie, racjonalizującego bełkotu, naukowej paplaniny próbującej wyjaśnić fizykę funkcjonującą w świecie filmu – a z drugiej bohaterowie posługują się tajnymi hasłami, zagadkami-łamigłówkami oraz idiomami próbującymi udawać życiowe mądrości i filozoficzne przysłowia. Nie pomaga również fakt, że tak naprawdę nigdy – w ogóle, aż do samego końca seansu – nie poznajemy prawdziwego wroga, odpowiedzialnego za potencjalną III wojnę światową, ani nawet… imienia głównego bohatera! J.D. Washington, prywatnie syn Denzela Washingtona, gra tu postać, do której wszyscy zwracają się per PROTAGONISTA.

tenet recenzja filmufot. Warner Bros.

Mimo wszystko postaram się pokrótce przedstawić fabułę TENET bez zdradzania spoilerów. Ci dobrzy, stojący na straży światowego pokoju – czyli CIA – próbują rozwikłać zagadkę tzw. odwróconych obiektów, czyli przedmiotów, które działają w inwersji czasowej, od końca (skutku) do początku (przyczyny). (Dla przykładu: z perspektywy „normalnego” człowieka odwrócona amunicja tkwi w ścianie, a dopiero potem odskakuje, wracając z impetem przez lufę aż do komory i magazynka w pistolecie). Jedna z takich odwróconych kul, pobrana z kijowskiej opery, prawdopodobnie została wyprodukowana w Bombaju u prywatnego handlarza bronią (Dimple Kapadia) – od którego, a właściwie której z kolei ślady prowadzą do rosyjskiego oligarchy o nazwisku A. Sator (Kenneth Branagh). By dostać się do wpływowego terrorysty, czarnoskóry protagonista próbuje wkupić się w łaski, niejako szantażując emocjonalnie, żonę Satora, Kat (Elizabeth Debicki), w międzyczasie nawiązując kontakt i rozpoczynając współpracę z tajnym agentem Neilem (Robert Pattinson).

tenet recenzja filmufot. Warner Bros.

Mamy więc szpiegowskie i międzynarodowe intrygi, globalny terroryzm, osobiste porachunki i problemy rodzinne oraz masę spektakularnej akcji – a to wszystko z widmem nadchodzącej wojny [światowej] i [globalnego] kataklizmu w tle. I tutaj mam pierwsze zastrzeżenia: zło, z którym walczą Protagonista i jego ludzie, jest niewidoczne, nienamacalne. Ono przewija się w dialogach co jakiś czas, ale nie czuć tutaj w ogóle fatalizmu, katastrofizmu oraz takiej zwykłej, ludzkiej bezsilności, jak miało to miejsce w dwóch pierwszych Terminatorach czy, z bardziej przyziemnych dramatów, To Nie Jest Kraj dla Starych Ludzi. Nawet w finałowej, epickiej scenie w ruinach dawnego miasta, otoczonych piaszczystymi wzgórzami i nizinami, tak naprawdę nie widać wroga, poza jednym śmigłowcem i paroma ludźmi Satora.

tenet recenzja filmuOficjalny kanał Warner Bros. na YouTubie

Sytuację motywu walki dobra ze złem ratuje wredny, nikczemny charakter w skórze oligarchy Andrieja. Postać grana przez sir Kennetha to prawdziwy złol: skorumpowany mecenas sztuki o wielkim ego, sadysta znęcający się psychicznie nad żoną i synem oraz bezkompromisowy, bezpardonowy cynik gotowy puścić cały świat z dymem. Ten wizerunek terrorysty psuje tylko krótka scena tortur, w której Sator dopuszcza się fizycznej przemocy wobec jednej z bliskich mu osób – bardziej mnie przekonała i zarazem przerażała chłodna, lodowata twarz Andrieja – ale mimo to filmowy złoczyńca jest nie tylko najjaśniejszym punktem TENET, ale również jednym z najlepiej zagranych antagonistów w kinie, zwłaszcza sensacyjnym oraz akcji.

Do pozostałych sylwetek też nie ma co za bardzo się przyczepić. Pattinson jako młody, trochę nieokrzesany (ale zdający się wiedzieć o wiele więcej niż główny bohater) Neil skradł moje serce, Michael Caine, choć widoczny tylko przez chwilę, jest naprawdę uroczy, natomiast Elizabeth Debicki w roli poturbowanej życiowo i szantażowanej z obu stron kobiety spisała się dobrze, wiarygodnie ukazując spektrum emocji oraz wiernie prezentując przemianę z pokrzywdzonej, wewnętrznie kruchej matki i żony do zdesperowanej, ale pewnej siebie tajnej agentki. Ten zestaw pozytywnych wrażeń jest psuty jednak przez Protagonistę: o ile sam Washington stara się podtrzymywać jakieś ramy poprawności warsztatowej, o tyle jego postać zdaje się bezpłciowa na tle pozostałych bohaterów (nawet tych trzecioplanowych) oraz nie doświadcza metamorfozy*, a na pewno nie tak spektakularnej, dla której by się chciało oglądać ten film.

tenet recenzja filmuWarner Bros. @IMDB

Co innego fabuła i akcja. Historia przedstawiona w filmie, a zwłaszcza motywy dotyczące odwróconych obiektów i postaci mogą wydawać się przekombinowane oraz okazać się pozornie głębokie – istny przerost formy nad treścią – ale nie oszukujmy się, [mimo wszystko] jest to motor napędowy recenzowanego tytułu. Sekwencje z inwersją czasową naprawdę intrygują: jest na czym zawiesić oko, a pomieszanie (czy też scalenie) konsekwencji z przyczynami zmusza do pracy szarych komórek, wywołując tym samym niezły mindfuck i prowokując widza do ponownego seansu. Ale nawet te sceny akcji bez widocznej zabawy z czasem i chronologią potrafią wciągnąć. Świetnym przykładem jest zuchwałe porwanie na płycie lotniska (oni naprawdę rozbili samolot!), albo też dłuższa sekwencja w Tallinie, a konkretnie jej początkowy etap: Neil, Protagonista oraz pozostali tajniacy mają zamiar przejąć niebezpieczny ładunek z transportu Satora – jednak zamiast spektakularnego pościgu, agenci CIA postanawiają użyć podstępu w postaci… zakleszczenia jadącej ciężarówki innymi pojazdami. To dość spokojny moment na tle innych w TENECIE, a i tak potrafi przyspieszyć bicie serca.

Jeżeli chodzi o pozostałe elementy tej hollywoodzkiej produkcji, to jest albo po prostu dobrze, albo jest coś, co wzbudza mieszane uczucia. Montaż jest poprawny, ale niekiedy – zwłaszcza w tych fragmentach ze spacerującymi Protagonistą oraz Neilem, którzy omawiają szczegóły misji – następują nagłe przeskoki: i nie mowa o samych cięciach, lecz… zmianie miejsca akcji, jakby bohaterowie, prowadząc wciąż tę samą rozmowę, nagle przeteleportowali się do innej ulicy, kawiarni, autobusu i tak dalej. (Nie powiem, dziwne – ale zarazem oryginalne). Kadry na pierwszy rzut oka też są ładne, z dominacją chłodniejszych, nienasyconych barw oraz z brutalistycznymi widokami w tle, ale całościowe wrażenia wizualne może popsuć zbyt zmiękczone światło – z jednej strony panuje szaro-błękitny chłód, bliski rzeczywistości, a z drugiej twarze bohaterów wydają się zbyt gładkie, inne powierzchnie zaś pozbawione faktury. Także winogronowa czerwień z niebieskością zmierzchu, zastosowane w scenach wewnątrz maszyny do odwracania [czasu], potrafią „zbić z tropu” i kłócą się z pozostałą częścią artystycznej strony filmu (choć te kontrastowe barwy służą też za fabularne narzędzie, mające pomóc rozpoznać, kto jest prawidłowy, a kto idzie do tyłu).

tenet recenzja filmufot. Warner Bros.

Ostatnią wielką niewiadomą jest strona audialna. Recenzenci i widzowie narzekają, że przez większość czasu ledwo słychać dialogi, gdyż rozmawiających między sobą bohaterów zagłuszają dźwięki otoczenia (ruch uliczny) czy odgłosy pobliskich maszyn (ryk silników samolotu, szum morza i turbin wiatrowych) – całe szczęście, że my, Polacy, mamy tę dogodność oglądać film w kinach z napisami! Ale ja nie o tym chciałem. Nolan zrezygnował z wieloletniej współpracy z Hansem Zimmerem, postawił za to teraz na Ludwiga Göranssona, szwedzkiego kompozytora, odpowiedzialnego za score do m.in. Czarnej Pantery czy Creeda. O ile muzyka w takich Batmanach oraz Incepcji bardziej charakteryzowała się epickością (z obowiązkowym mocnym, głębokim basem uderzającym z zaskoczenia), o tyle w TENECIE nowy autor ścieżki dźwiękowej postawił na intymność pod płaszczykiem eksperymentalnej, neoklasycznej muzyki techno i ambientu. Muszę przyznać, że tło muzyczne wywołało u mnie niemałe zamieszanie – jeszcze daleko mi do wydania werdyktu, czy Göransson to dobry, czy zły następca Zimmera; ale wiem jedno: jestem naprawdę zaskoczony i nie wiem, co powiedzieć. Dlatego też wstrzymuję się z jednoznacznym osądem; chyba po prostu muszę się przyzwyczaić do nowego stylu i kompozytora…

TENET, niczym tajne hasło tudzież szyfr, jest dla mnie niemałą zagadką. Nie mogę wprost stwierdzić, że to fatalny, zły film – produkcja broni się wieloma elementami, nawet tymi kontrowersyjnymi. Warsztatowo jest tu co najmniej poprawnie. Ale nie mogę też z czystym sumieniem polecić tego filmu nawet największym fanom Christophera Nolana. Do dziś istnieje niemała część ludzi, którzy twierdzą, iż brytyjski reżyser w swoich czołowych dziełach science fiction, jak Incepcja oraz Interstellar, zbytnio przeintelektualizował, próbując nam sprzedać patetyczną, prostą i aż do bólu znaną, oklepaną historyjkę (o miejscu człowieka we wszechświecie i nieuchronności losu) ubraną w szaty ambitnego kina fantastycznonaukowego oraz akcji. Mnie obie te superprodukcje nie przeszkadzały – a wręcz przeciwnie, naprawdę zachwyciły i przypadły do gustu, podczas seansów nie czułem się zanudzony – ale tegoroczny TENET naprawdę uwypukla pewne problemy, których nie byłem w stanie wcześniej dostrzec u Nolana. Wszyscy bohaterowie z osobna – nawet ten nieszczęsny Protagonista – zdają się [być] intrygującymi personami i dobrze napisanymi postaciami, ale kuleje już dynamika – wiarygodność oraz ta mityczna chemia – między nimi. Więc gdyby poprawić ten element, a także zadbać o warstwę dźwiękową, to recenzowany film znacznie lepiej by się bronił.

tenet recenzja filmufot. Warner Bros.

TENET jako blockbuster może i zachwyca, wywołując opad szczęki (a obraz warto zobaczyć w IMAKSIE – ja byłem tydzień temu w katowickim Punkcie 44 na Gliwickiej), ale jako tytuł w szerszym znaczeniu raczej nie będzie na tyle atrakcyjny i zjadliwy (strawny), by przyciągnął tłumy do opustoszałych po koronawirusie kin. To nie jest najgorsze dzieło w ogóle, ale za to prawdopodobnie najsłabszy film Nolana – prawdopodobnie, bo jeszcze nie widziałem wszystkich – i coś czuję, że filmowiec będzie musiał wziąć się w garść oraz odrobić pewne lekcje. Ale zanim to – premiera kolejnego filmu – nastąpi, wam polecam obejrzeć poprzednie, znacznie ciekawsze i lepsze dzieła reżysera, jak choćby Memento, o którym pisałem pod koniec sierpnia.


OCENA: 6 / 10


*Sator w sumie również pozostaje niezmienny z charakteru, osobowości oraz ambicji przez cały film, ale on przynajmniej przyciąga swoją charyzmą i bezkompromisowym podejściem.


Jak się podobał wpis? Kliknij na gwiazdkę, by ocenić!

Średnia ocen: 0 / 5. Łącznie oddanych głosów: 0

Ten wpis jeszcze nie ma oceny. Możesz być pierwszy!

By być na bieżąco z moimi wpisami, możesz mnie zaobserwować na poniższych social media. Dzięki z góry za wszelkie lajki, suby i followsy!

Rozumiem, że tekst był słaby… Co mógłbym poprawić?

Twoje propozycje/uwagi:

Powiązany wpis
Twój Vincent – recenzja
twój vincent recenzja

Gdyby miał okazję obejrzeć film o swojej twórczości i życiu, pewnie dałby sobie odciąć drugie ucho – byleby jeszcze bardziej Czytaj więcej

Skomentuj ten wpis za pomocą fejsbukowego konta!
Udostępnij poprzez:

Zobacz także:

Comments are closed.