![]()
Dziś dzieciaki wracają do szkół. Ale pierwszy września to także pierwsza miesięcznica już nie pierwszego powrotu wesołego, siwego starca. I nie chodzi bynajmniej o wzloty i upadki polityczne. ZARAZ, CZY LECI Z NAMI PILOT?!
Wesołe jest życie staruszka, a dziecka beztroskie. A gdyby tak połączyć oba te stany? Nie licząc przeżywania stereotypowego kryzysu wieku średniego czy borykania się z problemem syndromu Piotrusia Pana, polegającego na uciekaniu od odpowiedzialności, jak najbardziej jest to możliwe. Proszę jednak nie zajmować kozetki – to nie gabinet terapeuty (czy tym bardziej pokój bez klamek) – lecz rozsiąść się wygodnie w fotelu kinowym.
O rozpoczęciu roku szkolnego napomknąłem nie tylko po to, by przypomnieć młodzieży o formalnej uroczystości. Niegrzeczny film otwiera spacer uroczej, małej, niewinnej dziewczynki, która, chyba zgubiwszy drogę do szkoły czy odłączając się od klasy, zachodzi wesoło i beztrosko do banku opanowanego przez bandytów uzbrojonych po zęby, po pachy, i jakie tam jeszcze inne części ciała na to pozwalają. Nie tolerujemy jednak przemocy – przemocy skierowanej wobec nieletnich – więc uczennica poważnie się wkurza, mordując wszystkich dookoła, dokonując jednak wcześniej przemiany w 60-latka. Sześćdziesięciolatka, który bez większych problemów, a i nawet z finezją i gracją baletnicy, zabija napastników. Zemsta bywa słodka – tym bardziej, gdy jednym z narzędzi siania chaosu okazuje się lizak.
Jak widzicie, już na starcie film atakuje absurdem – i to przez duże A.
A nie, przepraszam. Mój błąd. No to jeszcze raz: Jak widzicie, już na starcie film atakuje Absurdem – i to przez duże A (o, teraz już dobrze). Zabieg jest celowy i przemyślany, choć nieraz zdarza się tu pudłować lub strzelać ślepakami. Głównym bohaterem jest Frank Drebin Jr. – zaginiony syn Franka Drebina z oryginalnej trylogii Naga Broń oraz serialu Brygada Specjalna – w którego wcielił się Leslie Neeson. To znaczy Liam Nielsen. (Cholera, twórcy chyba dostrzegli podobieństwo obu tych nazwisk w wymowie). A tak w ogóle, zwróciliście uwagę, że mówiąc od A do Z ma się na myśli “od początku do końca”? I że już na samym starcie zaczyna się absurd, a także atak – oba na literę A? Wybaczcie, uciekam od tematu (spieszę się właśnie na pociąg do Oklahomy).
Nowa Naga Broń w pewnych szczegółach odbiega od schematu oryginału z Leslie Nielsenem. Brakuje tu choćby ikonicznego intra ze wpychającym się wszędzie radiowozem, którego szaloną jazdę obserwowaliśmy z perspektywy policyjnego koguta na dachu. Nowy (a zarazem stary – zmarszczki nie kłamią) Drebin też jest nieco inny niż jego tatuś: to taki trochę zgorzkniały, rzucający moralizatorskimi, filozoficznymi i takimi mmmmmęskimi cytatami, nadgryziony przez ząb czasu (dentysta płakał, jak wypełniał ubytki) gliniarz, który – niczym złoża ropy prowokujące U, S and A – przyciąga kłopoty. Tamten (Leslie) Drebin bardziej przypominał sympatycznego dziadka i zarazem dzielnego stróża prawa, jednak tak nieporadnego wobec przestępców oraz wpadającego w tarapaty z powodu swej nieporadności i rozumienia pewnych rzeczy dosłownie.
Detektywistyczny team również się zmienił – schudł, a zarazem przytył przybrał w oczach. (Ten blog jest monitorowany przez Zachodnio-Lewacką Policję Woke). Brak tutaj odpowiednika Nordberga (O.J. Simpson) z klasycznej trylogii, porucznik Drebin ma za to do pomocy [tylko jednego] kumpla, Eda Hockena Jr. (Paul Walter Hauser), prywatnie syna kapitana Eda z tamtych filmów i serialu. Patrząc na jego brzuszek i bary*, nie dziwię się, czemu nie ma tu następcy/potomka czarnego Nordberga – robi on, młodszy Hocken, bowiem za dwóch; jednak w warstwie humorystycznej nie wyrabia on nawet pojedynczej normy, a co dopiero mówić o podwójnej. Niestety, brakuje tej chemii między nim a Neesonem – chemii, która napędzała i ubarwiała trio z klasycznych tytułów. Więcej już jej znajdziecie w instant kawie, którą wlewają litrami w swoje gardła bohaterowie z komisariatu.
Na szczęście chemia jest już pomiędzy podstarzałym Drebinem Juniorem a Beth, graną przez Pamelę Anderson – i coś czuję, że nie chodzi tylko o te jej ładne, nawet nietanie perfumy. Jest ona odpowiednikiem Jane Spencer (Priscilla Presley) i przy tym wcale nie gorszym nowym wcieleniem kobiecej bohaterki. Beth – jako siostra tragicznie zmarłego pracownika firmy od elektryków, miliardera Cane’a, podejrzewanego o samobójstwo – ma własną teorię co do śmierci brata, a jej poszlaki i motywacje mogą stać w kontrze do śledztwa Drebina oraz szkodzić policji Los Angeles. Ale jak to bywa w ckliwych kryminałach erotycznych dla kobiet, gdzie czerwień krwi zlewa się z czerwienią szminki (i nie powiem jeszcze czego)**, drogi podstarzałego gliniarza o zimnym sercu oraz poczytnej i seksownej pisarki, domagającej się sprawiedliwości za śmierć brata, w pewnym momencie się krzyżują, doprowadzając do gorącego romansu (aaauuuu…, parzy!!). Cóż, chyba nie tylko te drogi się krzyżują… (Spoglądam na obolałą, poparzoną dłoń).
O ile relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami stoją na przeciwległych biegunach (północ, południe, zgłoście się), o tyle humor stoi w rozkroku, niczym Liam dzielnie wykonujący szpagat na plakacie Nagiej Broni (JCVD lubi to). Nie wszystkie żarty się udały – jestem sceptycznie zwłaszcza nastawiony wobec przydługiej sceny z zazdrosnym bałwanem oraz wątku reinkarnacji staruszka – i jest to też trochę inny humor niż ten, z którego zasłynęła trylogia na przełomie lat osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych***. Z drugiej strony, absurd goni tu absurd – zawstydzając samego Usaina Bolta, chcącego się bawić ze swoimi dziećmi w berka – a największa siła dowcipu płynie tu niekoniecznie z kanonu slapsticku (żart sytuacyjny, osadzony w fizycznym kontekście), co bardziej i przede wszystkim z komicznych pomyłek powstałych w wyniku lapsusów językowych i dosłownego rozumienia wypowiedzianych zdań. Choć, muszę przyznać, przy tej scenie z psem też śmiałem się do rozpuku… (Ej, nie patrzcie tak na mnie!).
fot. TYLKOHITY
Mimo dobrej zabawy, z sali kinowej wyszedłem nie do końca ukontentowany tym kontentem – czułem pewien niedosyt (chyba cukier mi spadł), a w końcowym akcie (u, lala, co za pośladki… Franka! Oo… A jakie klejnoty go zdobią!) aspekt humorystyczny skręcił w stronę efekciarstwa, wyczerpując moją tolerancję na głupkowate, abstrakcyjne, dziwaczne, bezsensowne…
A FEW HOURS LATER…
…nieracjonalne, zidiociałe i niedorzeczne wybryki. (Uff!!). Miałem też obawy odnośnie [do] ujęć z kamerki, z pierwszej ręki, tzw. POV, które zwiastował jeden ze zwiastunów (a od czego niby innego są zwiastuny? Hę!?) – widząc materiał przedpremierowy, byłem sceptycznie nastawiony wobec „unowocześnienia” stylu kręcenia tego filmu, na taki bardziej TikTokowy; jednakże w gotowym już produkcie kinowym ujęcia te nie są dominujące i mają swoje uzasadnienie fabularne.
Nowe wcielenie Nagiej Broni nie dorównuje Kto Obroni Prezydenta? – mojej ulubionej, dla mnie bezsprzecznie najlepszej odsłony serii – ale wypada znacznie lepiej niż średniej jakości trzydziesta trzecia Ostateczna Zniewaga oraz nawet jest w stanie zbliżyć się, przynajmniej w niektórych aspektach, do oryginalnej odsłony kinowej z roku 1988. Jeżeli nie kręci was absurdalny, językowo-sytuacyjny – i do tego w niektórych miejscach (intymnych) sprośny – humor, to nie oglądajcie nowego filmu Akivy Schaffera, bo jeszcze dostaniecie kołowrotku (to znaczy zawrotu głowy). Natomiast jeżeli jesteście zaznajomieni z serią Naga Broń czy, szerzej (patrz: nogi Neesona w rozkroku), doceniacie twórczość Leslie Nielsena (patrz: Czy Leci z Nami Pilot?) – to zachęcam już się wybrać do kina (gdzieniegdzie jeszcze wyświetlają ten film). Komedię z sierpnia najbardziej jednak polecam zobaczyć dla dwójki pierwszoplanowych aktorów – Pamela Anderson, jak i Liam „Leslie Nielsen” Neeson mają w sobie to coś, prócz mięśni i kości, że naprawdę miło się na nich patrzy i ich słucha. Zarówno w pojedynkę, jak również w duecie uatrakcyjniają ten film. Bo oboje, cholera, są seksowni, i niebezpieczni. W końcu to NAGA BROŃ.
OCENA: 7− / 10
*Wiem, żartowanie z czyjejś tuszy jest czymś słabym i naprawdę grubą przesadą; ale hej! – to przecież NAGA BROŃ! Zresztą, w filmie pada żart nawiązujący do Billa Cosby’ego. To jest dopiero przegięcie!
**Łoł, to takie… głębokie. Teraz już wiecie, dlaczego nie piszę powieści.
***Zabrakło tu też licznych odniesień, w postaci parodiowania, do klasyki kina – które były wizytówką filmów z Nielsenem, w tym Nagiej Broni. Za to elementem wspólnym są monologi Franka Drebina z voice-overu, który opowiada, z off-u, o swoim życiu prywatnym i zawodowym, dzieląc się przy tym błyskotliwymi lub pozornie poważnymi, patetycznymi przemyśleniami.


Skomentuj ten wpis za pomocą fejsbukowego konta!